poniedziałek, 6 lutego 2017

Znowu to samo czyli za mały brzuch

Zacznę od tego jak wyglądała wizyta w położnej. Przyniosłam ze sobą kartę ciąży i próbkę moczu. Położna od razu sprawdziła mocz. Później zmierzyła mi ciśnienie. Jak zawsze idealne ( tak twierdzi ) czyli 90/60. Następnie poprosiła o położenie się na łóżku. Posłuchałyśmy bicia serduszka małej kruszynki. Na tą chwilę główka jest u góry, ale myślę, że jeszcze zdąży się przekręcić. Nie chciałabym cesarki bo pierwszy poród był naturalny. Później mierzenie metrem, czyli to co lubię najbardziej. Dlaczego? W pierwszej ciąży tak mnie zmierzyli, że biegłam do szpitala spanikowana, bo twierdzili, że dziecko nie rośnie. Na USG jednak wszystko było w porządku.
Jak to mówią historia lubi się powtarzać i tym razem również położna stwierdziła, że dziecko jest za małe jak na ten etap ciąży. Jutro mamy dodatkowe czyli trzecie USG, bo w Anglii normalnie przysługują tylko dwa. Nie zmartwiłam się tym tak bardzo jak ostatnio, ale wiadomo, że w mojej głowie pojawiły się pewne obawy. Na szczęście USG udało się umówić na następny dzień więc szybko wyjaśniło się na czym stoimy.

Noc minęła nawet spokojnie, rano zawieźliśmy Lilę do przedszkola. Jaka ona była szczęśliwa, w końcu coś się odmieni, w końcu pobawi się z dzieciakami. Tyle czasu siedziała w domu. Także o nią byłam spokojna. Teraz czekała nas trudniejsza część dnia, czyli wizyta w szpitalu. W poczekalni czas dłużył się okrutnie. W głowie najgorsze myśli, bo co jeśli dziecko na prawdę nie rośnie? Pamiętam tylko, że ręce P się trzęsły i nie wiedział co z nimi robić.
Nareszcie usłyszałam moje imię. Pani przepraszała, że musieliśmy długo czekać. Zimny żel na brzuch i sprawdzanie. Uspokoiła nas po chwili. Wszystko dobrze. Dziecko rozwija się prawidłowo, łożysko i pępowina pracują książkowo, serce pięknie bije. Córeczka ma już ponad kilogram. Jest dobrze. Będzie dobrze.
Wróciliśmy do pracy, później jeszcze miałam telefon, że z badań krwi wyszedł za niski poziom żelaza. A tak staram się zdrowo odżywiać. Anemię mam od początku tej ciąży. Bardzo trudno z tego wyjść. Mam nadzieję, że nie jest tak duża, żeby przeszła na córcię.

A tymczasem Liliana...


środa, 18 stycznia 2017

Podsumowanie drugiego trymestru mojej drugiej ciąży

Może i szybko czas mija, ale bardzo się z tego cieszę. Już nie mogę doczekać się przyjścia córeczki na świat. Drugi trymestr mojej drugiej ciąży minął bardzo pozytywnie, praktycznie nie miałam żadnych dolegliwości. Kilka dni miałam zgagę, przestraszyłam się, że tak wcześnie mnie dopadła, ale minęła tak szybko jak się pojawiła. Jednak uczucie to było okropne i bardzo nieprzyjemne. Musiałam spać na siedząco, inaczej wszystko wracało i paliło, aż się krztusiłam. Pomagało mi picie mleka przed snem. Dosłownie pół szklaneczki i już było o niebo lepiej.
Brzuch rośnie szybciej niż to było z Lileczką. Ciuchy już tylko wygodne, większość z H&M Mama. Sukienki i tuniki. Tak jest najbardziej komfortowo.
Energia dopisuje mi do południa, wtedy staram się wszystko zrobić: ogarnąć dom, odkurzyć, ugotować obiad, wyjść z Lilą na spacer czy do sklepu. Później jemy obiad, Lila śpi około dwie godziny a ja się relaksuję i odpoczywam. Później Lila wstaje, ja piję kawę a ona mleko i już tak do wieczora mija czas na spokojnie. Zabawa, powrót taty z pracy, kolacja, oglądanie bajek, kąpiel, sen.
W czwartki i piątki pracuję, a Lila wtedy jest w przedszkolu. Odbieramy ją po szesnastej. Około dwudziestej dopada mnie zmęczenie. Czasem zastanawiam się czym, przecież się oszczędzam. Ale Lila chodzi spać o tej porze, więc znowu mogę odpocząć.
Skórę na brzuchu nawilżam codziennie olejkiem Bio oil, tak jak robiłam to w ciąży z Lilą. Pępek już mi wyskoczył i w koło niego ta skóra jest bardzo naciągnięta, dlatego spodziewam się kilku rozstępów w tej okolicy. Na razie jest czysto.
Piszę ten post pod koniec 28 tygodnia. Na dzień dzisiejszy waga pokazuje 6kg do przodu. Jest już co nosić, krótko mówiąc. Mała szaleje w brzuchu, nie wiem co ona tam wyprawia ale czasami to aż mnie boli, tak się wierci.
Ogólnie ciąża mija spokojnie, ostatnie usg było w 20 tygodniu, więcej nie będzie. Jak ja to wytrzymam?
Jutro mam wizytę u położnej, ciekawe czy mnie czymś zaskoczy czy standard czyli mocz i ciśnienie. Takie tutaj mają podejście do ciąży. A do kolejnej to już w ogóle. Chyba, że tylko jak mnie widzą to po oczach stwierdzają, że wszystko gra. Z jednej strony dobrze, bo po co się martwić na zapas, skoro wszystko jest ok. Z drugiej, no chciałoby się sprawdzić czy oby na pewno tak jest.
Pisałam to już w ciąży z Lila, ale może któraś z Was nie wie, że w Anglii nie ma badania ginekologicznego w ciąży. Nikt przez dziewięć miesięcy nam tam nie zaglądnie ani nie zbada szyjki macicy. Ja obie ciąże przechodzę w Anglii i jak słyszę, że np. kobieta w ciąży musi leżeć, bo szyjka się skraca, to myślę, jak to jest, że w Anglii nikomu się nie skraca, nikt o tym nie mówi i nikt nie zwraca na to uwagi. Podejrzewam, że każdej coś tam się skraca, tylko w Anglii tego nie biorą pod uwagę a w Polsce tak. Gdybym była w Polsce, chętnie sprawdziłabym co w trawie piszczy, tutaj nie mogę, więc pozostaje mi ufać położnym.
Staram się odżywiać zdrowo, racjonalnie, ale muszę przyznać, że apetyt mi dopisuje. Nie odmawiam sobie przekąsek między głównymi posiłkami, Przed snem codziennie jem jogurt, kiwi lub inne owoce. Okres świąteczny sprzyjał słodkościom, na szczęście coraz mniej ich w szafkach kuchennych.
Zauważyłam, że zmieniam się w prawdziwą mamuśkę. Moim ulubionym miejscem w domu jest kuchnia. Coraz bardziej polubiłam pieczenie ciast, babeczek itp. Sprawia mi to przyjemność, kiedy Lila pomaga miksować, lub kiedy oblizuje miskę. Później razem czekamy, zaglądamy przez szybkę czy ciacho rośnie. Najbardziej mnie cieszy jak później z tatą wcinają kawałek za kawałkiem i mówią, że miaaaami. Fajnie jest.


poniedziałek, 16 stycznia 2017

Grypa bostońska czy hands foot and mouth - czyli Lili chora

No właśnie, co? Bo oczywiście nasz lekarz nie wiedział, zamotał się.
A było to tak... W poniedziałek Lila poszła do łóżeczka na drzemkę, po dwóch godzinach płacz i wstała na równe nogi. Jakaś taka rozpalona była. Temperatura 37,6. I nie spadała do wieczora. Pod okiem mała czerwona kropka. Paracetamol przed snem.
Rano. Broda rozdrapana, pełno czerwonych krost koło ust, brzydkie takie. Ale jak zobaczyłam co się dzieje pod pieluszką, między nogami, to zamarłam. Czerwone plamy, grudy w różnych skupiskach. I cała pupa,  lekko nawet wychodziło to na plecki. No to do lekarza - już.
Gorączki nie miała. Lekarz nie bardzo wiedział co to, bo przy bostonce są też plamy w jamie ustnej a Lila miała czysto w buźce. I przepisał nam... antybiotyk! Bardzo się zdziwiłam, bo jeżeli nie był pewny to po co takie mocne. Ale powiedział, że groźnie już to wygląda więc antybiotyk.
Wróciliśmy do domu, podawałam antybiotyk przez dobę. Zero poprawy. W końcu myślę, no muszę pogooglować skoro lekarz nie wie. Bostonka bardzo mi tu pasowała, bo krosty mogą pojawić się na rączkach, stopach, koło ust ale też też między pośladkami. Zdjęcia w internecie też przypominały to co miała Lila.
Poczytałam, nie ma na to lekarstwa, antybiotyk nie pomoże, po prostu trzeba to przejść.
Odstawiłam Lili antybiotyk na dobę. Między czasie zadzwoniłam do przedszkola Lilki, zapytać czy może coś wiedzą, czy inne dzieci też mają coś takiego. I okazało się, że kilka mam już dzwoniło, że dziecko nie przyjdzie bo ma wirusa o nazwie hands, foot and mouth.
Umówiłam się jeszcze raz do innego lekarza, żeby to skonsultować, potwierdził, że u Lili to właśnie ten wirus. Powiedział, że krosty mogą się pojawiać wszędzie, a to tylko nazwa. I faktycznie jak zobaczycie zdjęcia w internecie to dzieciaczki zasypane są w bardzo różnych miejscach. Lila np nie miała nic na stopach za to ta pupa najbardziej obsypana. Nie będę tu dodawać zdjęć bo nie są przyjazne dla oka. Opisuję nasz przypadek, gdyby któraś z Was martwiła się. Ogólnie nie ma czym. Trzeba to przeczekać. Lila nie przechodziła tego jakoś tragicznie, bawiła się tak jak zwykle, swędziało ją tylko przez pierwszą dobę. Pierwsza noc była nieprzespana, to fakt. Daliśmy jej paracetamol. Zasnęła dopiero o 3 w nocy. Później już było tylko lepiej. Drapała krostki na twarzy, dlatego długo nie chciały się goić. Ja się zamartwiałam trochę, bo wyglądało to strasznie i cierpiałam w środku. Ale Lilce nic nie przeszkadzało w zabawie. Na szczęście.
U nas najgorsze były trzy dni. Później już było widać, że robią się strupy i powolutku wszystko się goi.
Chorobę można złapać przede wszystkim w przedszkolach, gdzie są większe skupiska dzieci. Przeważnie chorują dzieci do lat 5, ale i dorośli mogą się zarazić. Choroba też lubi wracać, dlatego trzeba w szczególny sposób dbać o higienę. Mam tylko nadzieję, że do nas nie wróci i nie dorwie mnie, bo przecież jestem w ciąży i nie na rękę mi teraz chorowanie.

Related Posts Plugin for WordPress, Blogger...